Strategia Lizbońska - szansą dla przedsiębiorczości

Rozmowa z ministrem Jarosławem Pietrasem, sekretarzem Komitetu Integracji Europejskiej, szefem Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej

Witold Orłowski, doradca ekonomiczny Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w wywiadzie dla BBC zauważył, że w USA żadnej strategii nikt nie napisał, a mimo to tamtejsza gospodarka jest konkurencyjna. Po co więc nam była Strategia Lizbońska?

- Strategia Lizbońska jest próbą poszukiwania przez państwa członkowskie sposobów przyspieszenia rozwoju gospodarczego, aby zdecydowanie wzmocnić konkurencyjność Unii Europejskiej, w szczególności w porównaniu do gospodarki amerykańskiej. Z tego właśnie powodu w 2000 roku w Lizbonie szefowie państw i rządów wyznaczyli dla Unii Europejskiej jasno sformułowany cel. Zgodnie z nim Unia Europejska miała do 2010 roku stać się najbardziej konkurencyjną gospodarką na świecie, zdolną prześcignąć Stany Zjednoczone. Była to tzw. "mapa drogowa", wskazująca kierunki reform społeczno-ekonomicznych niezbędnych dla przyspieszenia rozwoju gospodarczego w Unii Europejskiej. Założenia były niewątpliwie słuszne. W Strategii postrzegano potencjalną możliwość uzyskania wartości dodanej w wyniku skoordynowanego prowadzenia polityki pro-konkurencyjnej ze szczebla wspólnotowego, a nie tylko przez każde z piętnastu państw członkowskich, tworzących wówczas Unię Europejską, z osobna, na podstawie ich narodowych działań. Owa "mapa" przypominała jednak raczej proroczą wizję, co prawda śmiałą i porywającą, ale - jak to z wizjami bywa - ogólną i mało konkretną. Realizacja Strategii Lizbońskiej znalazła się na pograniczu kompetencji instytucji europejskich, które wyznaczały kierunki reform, oraz państw członkowskich, które zachowały w wielu dziedzinach suwerenne prawo ich realizacji. Głównym instrumentem reform miała być perswazja i wymiana przykładów dobrej praktyki, czyli tzw. "miękkie" instrumenty koordynacji, a nie konkretne działania.
W ramach Strategii Lizbońskiej uzgodniono wspólne cele i parametry dotyczące różnych dziedzin: zatrudnienia, skolaryzacji, standardów opieki socjalnej, wydatków na badania i rozwój. Szybko jednak okazało się, że podnoszenie wskaźników nasycenia komputerami gospodarstw domowych czy zatrudnienia kobiet ma tak naprawdę niewielki związek z rzeczywistym tempem wyścigu konkurencyjności w skali globalnej. Strategia Lizbońska po prostu zagubiła się w szczegółach. Dodatkowo, gorsza koniunktura gospodarcza, zagrożenie zamachami terrorystycznymi, wzrost cen wielu surowców czy przejściowe trudności sektora teleinformatycznego jeszcze bardziej utrudniły realizację Strategii.

Raport Wima Koka podkreśla, że bez dużego wysiłku UE Strategia może stać się synonimem chybionych celów i niedotrzymanych obietnic. Romano Prodi nazwał ją wręcz "wielką klapą". Jakie jest Pana zdanie?

- Rzeczywiście w Unii Europejskiej widoczne jest pewne zwątpienie i rozczarowanie niedostatecznymi efektami realizacji Strategii Lizbońskiej. Do wypowiedzi przewodniczącego Prodiego o "dużej porażce" procesu modernizacji gospodarek państw członkowskich można dodać, na przykład, wypowiedź premiera Belgii, Guy Verhofstada. Porównując wskaźniki wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej w minionym roku (0,8 procent) z dynamiką Stanów Zjednoczonych (3 procent) i Chin (10 procent) stwierdził on, że jeśli tak dalej pójdzie, Europa zmieni się w "społeczne i gospodarcze muzeum". Rzeczywiście któryś z mechanizmów europejskiej machiny najwyraźniej zawodzi. Można zadać sobie wiele pytań na ten temat. Czy realizacja programu, jakim jest Strategia Lizbońska, może dać coś więcej niż sumę korzyści wynikającą z realizacji narodowych pomysłów w każdym z państw członkowskich? Czy brak sukcesu wynika z błędów w koordynacji reform? A może od początku pomysł ten był chybionym przedsięwzięciem? Jak nadać impet zreformowanej Strategii Lizbońskiej?
Obecnie zbliżamy się do półmetka okresu wyznaczonego Strategią. Przypada on na rok przyszły. Już teraz dokonywany jest przegląd i ocena dotychczasowego stanu jej realizacji oraz formułowane są zalecenia na przyszłość. W sytuacji dość powszechnej krytyki dotychczasowego postępu istnieje potrzeba pewnego uporządkowania dyskusji, z której miałyby wynikać konstruktywne propozycje. W ostatnich latach powoływano także liczne zespoły, które opracowywały raporty, mające zawierać recepty na uzdrowienie chorej gospodarki europejskiej. Wiosną tego roku utworzono Grupę Wysokiego Szczebla pod przewodnictwem byłego premiera Holandii, Wima Koka, która miała zająć się przygotowaniem diagnozy obecnej sytuacji oraz opracowaniem zaleceń na przyszłość. W listopadzie opublikowany został raport wyników prac tej grupy, zawierający szereg uwag na temat źródeł niepowodzeń. Wśród priorytetów, które zostały w nim poruszone, znajdują się następujące kwestie: budowa społeczeństwa opartego na wiedzy, dokończenie budowy Rynku Wewnętrznego, tworzenie środowiska przyjaznego przedsiębiorcom, wprowadzanie niezbędnych reform na rynkach pracy oraz działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. Pod tymi ogólnymi hasłami kryją się pewne propozycje, które zdaniem autorów powinny być wdrożone w najbliższych latach. Sam dobór priorytetów wskazuje na wybrany kierunek zmian.
Raport zawiera szereg spostrzeżeń, z którymi się zgadzam. Po pierwsze przez ostatnie cztery lata Strategia Lizbońska rozrosła się ponad miarę. Dzisiaj praktycznie każde działanie stymulujące konkurencję, wprowadzane na szczeblu narodowym, można uzasadnić dążeniem do realizacji Strategii Lizbońskiej. Gdy spytać państwa członkowskie, co robią w celu realizacji założeń Strategii, zaczynają one wymieniać działania, które i tak robiłyby, gdyby nie było Strategii Lizbońskiej. Jest tak dlatego, gdyż Strategia Lizbońska dotyczy wszystkiego, a więc niczego. Jak piszą autorzy raportu "każdy jest odpowiedzialny, a zatem nikt - ostateczny cel Strategii często znika z pola widzenia". Bez jasnego określenia czym jest Strategia Lizbońska nikt nie może oczekiwać, że którekolwiek państwo członkowskie z poczuciem świadomości będzie ją wdrażać. Po drugie pakiet reform, który był przyjmowany w 2000 roku nie uwzględniał dwóch zasadniczych kwestii: rozszerzenia Unii Europejskiej oraz wzrostu konkurencji ze strony takich krajów jak Chiny czy Indie. Raport wyraźnie i dosadnie stawia także problem demografii. Europa się starzeje - odkładanie reform systemów zabezpieczenia społecznego, zwłaszcza emerytur oraz służby zdrowia, na później zaowocuje w przyszłości katastrofą finansów publicznych. Ponadto raport grupy Wima Koka słusznie zwraca uwagę, że najważniejsze w Strategii są działania wspierające wzrost gospodarczy i tworzenie nowych miejsc pracy. Sukces w tych dziedzinach przyczyni się do realizacji innych celów, takich jak: spójność społeczna i zrównoważony rozwój.
Raport nie daje jednak pełnych odpowiedzi na wiele palących pytań i nie formułuje zaleceń, które mogłyby wyraźniej poprowadzić do sukcesu w 2010 roku. Krytykując Strategię Lizbońską za jej nieprecyzyjność i ogólnikowość raport wpada w tę samą pułapkę wysokiego poziomu ogólności. Hasłami i postulatami Strategii Lizbońskiej można szermować w taki sposób, że polityka realizowana pod sztandarem Strategii będzie stanowić zaprzeczenie jej podstawowych założeń. Dobrym przykładem jest polityka społeczna. W imię hasła "europejskiego modelu społecznego" niektóre państwa członkowskie starają się forsować ograniczenia, które zakłócają funkcjonowanie Rynku Wewnętrznego. Raport dosadnie stwierdza, że szczytne hasła urzeczywistnienia jednolitego rynku usług i swobodnego przepływu pracowników stoją w jaskrawym kontraście z praktykami zmierzającymi w kierunku wręcz przeciwnym. Bariery, które stawiane są przedsiębiorcom, którym zamyka się praktyczny dostęp do innych rynków tylko dlatego, że są bardziej konkurencyjni czy mają niższe koszty prowadzenia działalności gospodarczej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na stosowanie okresów przejściowych w odniesieniu do swobody przepływu pracowników oraz w przypadku niektórych państw swobody transgranicznego świadczenia usług. Zastanawiające jest stanowisko naszych partnerów, którzy z jednej strony w swoim stanowisku podkreślają konieczność kontynuowania prac nad wejściem w życie dyrektywy o usługach na Rynku Wewnętrznym, z drugiej jednak utrzymują okres przejściowy na świadczenie usług przez polskie firmy budowlane.
Podobnie jest w przypadku zarzutów o stosowanie "dumpingu socjalnego" kierowanych pod adresem "nowych" państw członkowskich, reformujących systemy zabezpieczenia społecznego, by poprawić swoją konkurencyjność, które dowodzą głębokiego niezrozumienia wyzwań współczesności. W globalnym wyścigu Europa przegrywa z Ameryką między innymi dlatego, że polityka zatrudnienia wielu państw członkowskich nie odpowiada współczesnym warunkom gospodarowania. "Sztywne" regulacje prawa pracy i statyczne środowisko gospodarowania stoją u źródeł kłopotów gospodarczych wielu państw członkowskich.

Na konferencji prasowej podczas prezentacji raportu Wima Koka stwierdził Pan, że raport został sporządzony pod kątem państw starej UE, a o rozszerzeniu mówi się w nim niewiele. Mam wręcz wrażenie, że w dokumencie 1 maja br. jest postrzegany jako czynnik dodatkowo opóźniający realizację Strategii...

- Całkowicie nie zgadzam się ze sposobem postrzegania rozszerzenia Unii Europejskiej, jaki został przedstawiony w raporcie grupy Wima Koka. Już sama nazwa podrozdziału na temat rozszerzenia jest, moim zdaniem, niewłaściwa - w raporcie rozszerzenie określone zostało jako "wyzwanie dla Unii Europejskiej". Podczas, gdy tak naprawdę stanowi ono szansę dla Unii. To prawda, że po 1 maja 2004 roku, gdy popatrzymy na wskaźniki statystyczne, to zauważymy, że zwiększyły się różnice między państwami członkowskimi w poziomie rozwoju regionalnego, zatrudnienia, poziomu życia, itd. To prawda, że liczba osób zamieszkujących regiony biedniejsze niż 75 procent średniego dochodu na głowę w UE wzrosła z 73 milionów do 123 milionów. Nikt także nie neguje faktu, że średnia stopa zatrudnienia w UE po 1 maja 2004 roku spadła o 1,5 punktu procentowego do poziomu ok. 63 procent. Raport pomija jednak fakt, że nowe państwa członkowskie cechuje olbrzymi dynamizm, odzwierciedlony choćby tempem wzrostu gospodarczego, i potencjał rozwojowy. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej, dostosowując się do warunków członkostwa i prowadząc wewnętrzne transformacje systemowe, dały przykład woli i wytrwałości w przeprowadzaniu reform. Nie należy zapominać, że reformy systemowe zostały dokonane w tych państwach sporym wysiłkiem. Niejednokrotnie reformy wdrożone przez te państwa są obecnie konieczne do przeprowadzenia w państwach "starej" Unii, ale tam zwleka się z nimi, między innymi z uwagi na dużą uciążliwość dla społeczeństwa.
Przed rozszerzeniem wielokrotnie zdarzało się, że przy tworzeniu zaleceń w ramach poszczególnych polityk wspólnotowych nie "dostrzegano" rychłego przystąpienia do Unii nowych państw członkowskich. Obecnie, już jako członkowie, w naszych działaniach dążymy do wprowadzania takich instrumentów, które pozwolą wykorzystywać potencjał obywateli, przedsiębiorców, czy, na przykład, naukowców pochodzących z nowych państw członkowskich. Raport Koka również nie dostrzega takich potrzeb i nie formułuje zaleceń zmierzających do naprawienia tego stanu rzeczy.
Moim zdaniem zupełnie błędny jest również sposób postrzegania w raporcie różnic pomiędzy starymi, a nowymi państwami członkowskimi, w zakresie stawek podatkowych oraz kosztów pracy. Wskazywanie, że w przypadku nieujednolicenia tych parametrów w Unii Europejskiej "napięcia będą rosły" jest całkowicie nieuprawnione. W naszej ocenie nie są to czynniki, które prowadzą do napięć w Europie, a wręcz odwrotnie. Co więcej, gdy rozmawiam z przedsiębiorstwami zagranicznymi w Polsce nie wymieniają one tych czynników jako decydujących przy podejmowaniu decyzji na temat lokalizacji ich przedsięwzięć w naszym kraju czy w innych nowych państwach członkowskich, a przynajmniej nie są to najważniejsze składniki ich oceny decyzji. Przedstawione w raporcie takie postrzeganie tej sprawy jest zbyt uproszczone.

Zdaniem Henryki Bochniarz mimo postępów w wielu dziedzinach Polska ma nadal wiele do zrobienia i raport jest dla nas dobrą wskazówką, w jaki sposób to uczynić....

- Pamiętajmy jednak, że ostateczny sens istnienia Strategii Lizbońskiej wypływa z faktu, że państwa członkowskie są częścią jednolitego organizmu gospodarczego, w którym polityki handlowa, rolna, czy monetarna są uwspólnotowione. Unia stanowi obecnie układ naczyń połączonych, dlatego tak ważne jest, by działania krajowe już na etapie projektowania uwzględniały uwarunkowania wspólnotowe, a następnie by były koordynowane tak, aby w połączeniu z działaniami innych państw członkowskich dały wartość dodaną.
Wiele z postulatów wymienionych w raporcie dotyczy działań, które mogą być przeprowadzone na szczeblu krajowym. Przyjrzyjmy się, na przykład, polityce społecznej. Wiele spośród państw członkowskich stoi przed wyzwaniem przebudowy strukturalnej swoich modeli polityki społecznej. Jednakże, w tych krajach tempo zmian hamowane jest przez obawy społeczne przed reformami oszczędnościowymi. Utworzenie Unii Gospodarczej i Walutowej (UGW) zmieniło dodatkowo kontekst przeprowadzanych działań. Władze krajowe stanęły bowiem przed pokusą zaniechania trudnych reform społecznych. Niektóre państwa członkowskie odkładają w bliżej nieokreśloną przyszłość przebudowę systemu wydatków społecznych, co skutkuje negatywnymi konsekwencjami w sferze monetarnej. Ponieważ polityka monetarna jest poddana wspólnym rygorom w gronie 12 państw, koszty zaniechania reform w jednym państwie ponoszą solidarnie pozostali członkowie UGW. W ostatnich latach politykę takich państw członkowskich można porównać do postawy "pasażera na gapę". Reformy modeli polityki społecznej w gronie państw UGW wystawione były zatem na podwójne ryzyko - z jednej strony, inercję, a z drugiej strony, nieskoordynowane i nieperspektywiczne działania. Wydaje się, że Strategia Lizbońska może być środkiem zaradczym na powyższe problemy, jako element koordynujący i dyscyplinujący państwa członkowskie.

Czy nie jedną ze wspomnianych wyżej wskazówek jest sugestia Koka stworzenia narodowych planów realizacji Strategii Lizbońskiej? Jaka jest Pana opinia w tej sprawie?

- Rzeczywiście jedną z proponowanych w raporcie modyfikacji sposobu wdrażania Strategii Lizbońskiej jest propozycja przygotowywania przez państwa członkowskie cyklicznych narodowych raportów na temat Strategii Lizbońskiej. W raportach zobowiązywałyby się one do przedstawiania działań służących realizacji celów uzgodnionych na szczeblu europejskim. Plany te podlegałyby ocenie Komisji Europejskiej. Metoda wdrażania Strategii Lizbońskiej opierająca się na "miękkiej koordynacji", czyli wzajemnym porównywaniu osiągniętych wyników, jest z całą pewnością niezbyt efektywna. Wciąż nie jest jednak jasne, w jaki sposób spowodować, by działania na szczeblu europejskim, niewątpliwie potrzebne i pożyteczne, mogły stymulować efekt synergii. Trudno zgodzić się z opinią, że kompleksowe, cykliczne plany działania przygotowywane przez państwa członkowskie stanowią receptę na pogodzenie sprzeczności między realizacją wspólnych europejskich celów i respektowaniem krajowej specyfiki i lokalnych potrzeb. To zdecydowanie za mało. Istnieje zagrożenie, że sposób prezentacji postępów, jakie osiągają kraje członkowskie, będzie nadal mało czytelny. Pojawiają się pytania czy rozszerzenie debaty wokół celów i instrumentów Strategii o parlamenty krajowe, partnerów społecznych i organizacje pozarządowe nie doprowadzi do utraty z pola widzenia ostatecznych celów, które przyświecają państwom członkowskim?

Czym jest dla nas Strategia - "być albo nie być dla Europy", jak to określił prof. Dariusz Rosati, polski przedstawiciel w grupie Koka, czy może czymś innym?

- Wierzę, że etap, na którym znajduje się obecnie Unia Europejska, jest przejściowy i niedługo uda się wspólnie rozwiązać w Europie coś, co nazywam problemem wzrostu gospodarczego. Tak, jak wcześniej wspomniałem, liczę na to, że doświadczenia nowych członków Unii mogą stanowić pewną pomoc, z której będą czerpały pozostałe państwa członkowskie. Wprowadzamy do Unii nowy dynamizm, mamy różne pomysły na stymulowanie wzrostu, w tym przede wszystkim poprzez uproszczenie regulacji. Patrząc natomiast na historię integracji można zauważyć, że Unia Europejska wielokrotnie znajdowała się w trudnych momentach i wychodziła z nich obronną ręką. Jestem przekonany, że w tym przypadku będzie podobnie. Dlatego sukces czy porażka Strategii nie są z całą pewnością być albo nie być Unii Europejskiej.
Należy jednak postrzegać Strategię w pewnej większej całości. Decydującą kwestią, oprócz wcześniej wymienionych, jest powiązanie celów Strategii Lizbońskiej z nową perspektywą finansową, która będzie obowiązywała w latach 2007-2013. Najpierw musimy określić cele, a następnie znaleźć fundusze na ich realizację. Naszym zadaniem jest zwrócenie uwagi pozostałym partnerom, aby wydatki na cel, jakim jest "gonienie Ameryki", nie pogłębiały luki rozwojowej między poszczególnymi krajami Unii Europejskiej. Proponowane instrumenty muszą być dostosowane również do specyfiki słabiej rozwiniętych krajów członkowskich. W tym kontekście, z polskiego punktu widzenia, szczególnie efektywna dla przyspieszenia wzrostu gospodarczego wydaje się być polityka spójności. Dlatego też chcemy, by wysiłki na rzecz prowadzenia tej polityki były kontynuowane, a będą one przyczyniały się do osiągania celów Strategii Lizbońskiej.

Czy Pana zdaniem idea Strategii jest dziś w ogóle możliwa do realizacji? Czy możemy przegonić USA i stać się najbardziej konkurencyjną gospodarką świata w czasach naznaczonych aferą Enronu, 11 września, wojną w Iraku?

- Deklaracja doścignięcia Stanów Zjednoczonych wydaje się coraz mniej realna w zakładanej na wstępie dziesięcioletniej perspektywie Strategii Lizbońskiej. Dlatego powinna ona raczej zakładać jak najefektywniej gonić gospodarkę amerykańską, a niekoniecznie jak ją dogonić w ściśle określonych ramach, tak aby nie było rozczarowań. Natomiast niewątpliwie dzięki Strategii Lizbońskiej posiadamy teraz forum debaty, w której powoli kształtują się poglądy i rozwiązania dotyczące bodźców rozwojowych Unii Europejskiej. Z całą pewnością oceny Strategii, dokonywane w postaci różnego rodzaju raportów, pozwalają na ocenę trendów rozwojowych. W 2003 roku autor jednego z raportów dotyczących strategii rozwojowych Unii, André Sapir, stwierdził, że perspektywy rozwoju modelu europejskiego są poważnie zagrożone, pisząc, że "obecna kombinacja niskiego wzrostu i dużych wydatków publicznych jest nie do utrzymania już dzisiaj, co zaowocuje większymi problemami w przyszłości". Dzięki podobnym raportom zaczynamy w Unii Europejskiej nazywać pewne problemy po imieniu. Za sukces należy uznać na przykład fakt, że tak naprawdę nikt nie kwestionuje konieczności reform. Spór toczy się jedynie o to, w jaki sposób spowodować by reformy te zostały w końcu przeprowadzone, a z całą pewnością nie są to łatwe reformy. Zapewne ostateczną weryfikację postawionych dylematów przyniesie rzeczywistość uwarunkowana determinacją rządów, instytucji unijnych i samych społeczeństw państw członkowskich.
W 1958 roku przywódca komunistycznych Chin, Mao Tse-Tung ogłosił "Wielki Skok" - strategię przyspieszonego rozwoju gospodarczego opartego na szczytnych hasłach, nieskoordynowanych działaniach biurokratycznych i przymusie administracyjnym. Rezultatem było całkowite załamanie gospodarcze. Niespełna pięćdziesiąt lat później Chiny rozwijają się w tempie oszałamiającym. Modernizacja gospodarki następuje poprzez rozwój oparty na mechanizmach rynkowych, postępującą liberalizację i deregulację. Przykład ten pokazuje, że droga do poprawy konkurencyjności wiedzie nierzadko przez porzucenie filozofii wszechregulacji i pustych haseł na rzecz odważnych, konsekwentnych, czasem trudnych politycznie reform. Reformy posiadające takie cechy są teraz niezbędne dla powrócenia na ścieżkę wysokiego wzrostu całej Unii Europejskiej.

Rozmawiała: Anna Kłossowska
Prawo Europejskie - nr 4, Listopad 2004

 

wstecz

 

All content Copyright © 2003-2004 MG Media. All Rights Reserved.
Wydawca: Maria Graczyk, MG Media; Redaktor Naczelny: Roman Gutkowski; Informacje: info@europolityka.pl

Serwis współfinansowany przez UKIE
Serwis hostowany przez firmę NorKon
Webmaster Piotr Gessek