 |
 |
Rozmowa
z sekretarzem stanu ds. europejskich, JAROSŁAWEM PIETRASEM
Maria
Graczyk: - Jak wygląda bilans pierwszego roku członkostwa Polski w Unii
Europejskiej? Które z obaw się sprawdziły i które nadzieje spełniły?
Jarosław Pietras: - Obaw zarówno w Polsce, jak i w państwach
starej Unii było dużo. Dotychczasowi członkowie UE obawiali się, czy Polska
i inne nowe państwa sobie poradzą, czy nie będzie zakłóceń w różnych systemach
unijnych, np. przy kontrolach granicznych lub weterynaryjnych. Kiedy spojrzymy
wstecz na łamy prasy austriackiej czy innych państw, zauważymy, że żadna
z prezentowanych wtedy obaw nie spełniła się w takim stopniu, by warto
teraz o tym pisać. Nie było szoku po rozszerzeniu - ani dla polskiego
społeczeństwa, ani dla samej UE.
Nie oznacza to, że wszystko przebiegło gładko. Nie wywołało jednak zaburzeń,
które by zakłóciły czy przerwały jakieś procesy. Żadna gałąź polskiej
gospodarki po akcesji nie ucierpiała i żadna polska instytucja nie zablokowała
się nagle z natłoku nowych zadań. Niektórzy mieli może zbyt dużą nadzieję,
że po 1 maja 2004 w Polsce świat będzie zdecydowanie inny. Tymczasem wiele
spraw pozostało niezmienionych - zarówno nad Dunajem, jak i nad Wisłą.
Rozmawiamy o ocenie zjawiska, które ma wymiar historyczny. Nie można tego
robić kilka miesięcy po jego wydarzeniu. Kiedy spojrzymy z perspektywy
20 lat, zauważymy, że cały okres od 1989 r. aż do momentu członkostwa
był czasem przejściowym, pełnym przygotowań. Zakończył się 1 maja 2004
r., wraz z przystąpieniem do UE. Z perspektywy historycznej będzie widać,
że ta data jest cezurą.
- Sytuacja na wsi wygląda lepiej, niż przewidywały czarne scenariusze
- rolnicy dostali więcej dopłat bezpośrednich.
- Główną korzyść, którą odnieśli rolnicy i główny powód ich obecnego
zadowolenia nie wiązał się z dopłatami bezpośrednimi. Wyraźna zmiana nastawienia
rolników nastąpiła, zanim jeszcze którykolwiek otrzymał płatności bezpośrednie.
Już wczesną jesienią ubiegłego roku rolnicy mieli bardzo optymistyczne
nastawienie. Zmieniły się relacje cenowe i ich praca zaczęła przynosić
dochody, zapewniać im byt. Nie czują się już przywiązani do ziemi, bo
nie mają jej komu przekazać, lecz teraz widzą, że ta praca zaczyna się
opłacać w sensie ekonomicznym, że warto zostać na ziemi. Potwierdzeniem
tego jest znaczący wzrost cen ziemi w Polsce. Ceny ziemi wzrosły, bo są
chętni do pozostania w rolnictwie. Wielu ludzi uważa, że jest to dziedzina
rozwojowa, w którą warto inwestować. Następuje modernizacja rolnictwa.
Jest to zasługa przyjęcia przez Polskę polityki rolnej UE, która dysponuje
o wiele bardziej bogatym instrumentarium wspierania rolnictwa niż wewnętrzna
polityka polska.
- Oczekiwano także spadku bezrobocia, ale te nadzieje się nie ziściły.
- Analizy ekonomiczne na to nie wskazywały. Raport UKIE "Bilans
korzyści i kosztów członkostwa" z 2003 roku mówił o pozytywnym, ale
bardzo długofalowym wpływie akcesji na rynek pracy. W tej kwestii zmiana
będzie następować powoli.
- Przed przystąpieniem Polski do UE istniało wiele czarnych scenariuszy.
Polska nie okazała się jednak płatnikiem netto. W wielu miastach, np.
w Żyrardowie, zdobyto fundusze samodzielnie wyszukując informacje w Internecie.
Przedsiębiorczość ludzi przeszła nasze oczekiwania.
- Ogromnym beneficjentem w Polsce jest nie tylko rolnictwo, lecz także
społeczności lokalne, które od lat borykały się z nierozwiązanymi problemami.
Żyrardów czy inne polskie miasta myślały o przedsięwzięciach, na które
nie mogły się zdecydować z powodu zbyt małego budżetu. Jedyną szansą dla
nich jest sięgnięcie do dodatkowego, zewnętrznego finansowania. Możliwość,
jaką UE stwarza dla społeczności lokalnych, jest tak duża, że muszą się
one zorganizować. Szansa na sfinansowanie budowy obwodnicy, mostu, oczyszczalni
ścieków czy kanalizacji, zmusza ich do współpracy, przygotowania wspólnych
projektów; przyczynia się do rozwoju samorządności.
- Kto jest więc największym beneficjentem rozszerzenia Unii?
- Niewątpliwie społeczności lokalne i rolnicy. Ale także przedsiębiorcy,
szczególnie ci mali i średni, zyskali szansę znalezienia niszy i szerszego
kręgu odbiorców. Przykładem jest choćby eksport polskich pieczarek, który
zwiększył się piętnastokrotnie. W wielu wypadkach mali producenci jednego,
ale dobrego produktu, byli w stanie wykorzystać fakt, że teraz mamy ogromny
rynek. Na 450 milionowym rynku UE zawsze się znajdzie miejsce dla kogoś,
kto ma swój specyficzny produkt. I o ile jest on dobry, będzie się sprzedawać.
- Kto zatem stracił na członkostwie Polski w UE?
- Nawet w rolnictwie są przegrani. Najczęściej są to ci rolnicy,
którzy zignorowali potrzebę wypełnienia wniosków, ale nie tylko. Istnieją
też grupy - np. producenci zbóż - którzy obecnie dostają mniej za swoje
produkty niż przed członkostwem. Celnicy gwałtownie zredukowali swoją
liczebność. Część z nich musiała przenieść się z granicy zachodniej na
wschodnią. Przegranymi są ci, którzy zignorowali fakt, że do rozszerzenia
trzeba się trochę przygotować. Przedsiębiorstwa, które dostarczały do
FSO komponenty do produkcji, jeśli nic nie zrobiły, toną razem z tym zakładem.
Ci którzy zignorowali przygotowania lub nastawili się niechętnie, znajdują
się na pozycjach przegranych.
- Jakie były spektakularne zmiany w ostatnim roku?
- Wśród pozytywnych - oprócz faktu, że możemy teraz podróżować
po Europie z dowodem osobistym - odnotowałbym przede wszystkim wzrost
eksportu. Świadczy to o dużej elastyczności naszej gospodarki i Polaków.
Nasi przedsiębiorcy szybko dostosowali się do nowych warunków i wykorzystali
pojawiające się na Wspólnym Rynku możliwości. Dotyczy to nawet zakładów
przetwórstwa mięsa i mleka. A w tych sektorach było szczególnie dużo lęków.
Co do negatywów - najbardziej zauważalny był wzrost cen niektórych artykułów
spożywczych - przede wszystkim ryżu, cukru i bananów. To, że równocześnie
utrzymały się lub nawet trochę spadły ceny sprzętu RTV, zauważyć trudniej.
Wszak częściej kupujemy ryż niż telewizor.
- Jak możemy zdyskontować nasze roczne doświadczenie członkostwa?
- Wiemy już, że trzeba być bardziej elastycznym i szybciej działać.
Na Wspólny Rynek trzeba wejść z impetem, a to wymaga zmiany postaw. Zamiast
przyjmować postawę pasywną, obronną, trzeba być aktywnym, a w niektórych
wypadkach nawet agresywnym. Tacy są już ludzie młodzi - aktywniejsi i
bardziej dynamiczni niż starsze pokolenia; często też aktywniejsi i bardziej
dynamiczni niż ich rówieśnicy w krajach "starej" Unii.
Ten rok był lepszy niż oczekiwaliśmy, a następny wymaga jeszcze bardziej
intensywnej pracy. Skutki wejścia Polski do UE będą się ujawniać nie w
ciągu roku, ale w ciągu kilkunastu lat. Trzeba się nastawić na długi marsz.
- W jakich sprawach głos Polski odgrywa istotną rolę w Brukseli? Na marcowym
szczycie Unii nie została przyjęta dyrektywa usługowa, na której nam zależało.
- Popierana przez nas dyrektywa Bolkesteina nie przeszła, ale
nie została też odrzucona, choć taką propozycję zgłoszono. Losy tej dyrektywy
dotyczącej liberalizacji usług pokazują, że wewnątrz UE, szczególnie tej
rozszerzonej, istnieją duże rozbieżności w poglądach. Nie została ona
przyjęta, bo jak mogło do tego dojść przy sprzeciwie tak dużego państwa
jak Francja? Nie została też odrzucona, bo jak mogłaby przy sprzeciwie
takiego państwa jak Polska? Polska nauczyła się w ostatnim okresie wyrażać
swoje stanowisko w sposób bardzo zdecydowany. Nauczyliśmy się tego w trakcie
negocjacji akcesyjnych - gdy w sposób wyraźny mówi się o oczekiwaniach,
można liczyć na to, że partnerzy dostrzegą nasze postulaty i na nie zareagują;
choć nie zawsze pozytywnie. Cichy głosik z kąta nie wywołałby żadnego
zainteresowania. W Unii trzeba mówić w sposób wyraźny i zdecydowany, ale
trzeba też być gotowym do dostrzegania interesów innych. Skoro mamy 25
państw, nie możemy ignorować interesów np. Austrii. Na tym polega demokracja
wewnątrzunijna. Polska jest jednym z 25 państw, ale na tyle istotnym,
że gdy zabiera głos, to w skupieniu zastanawiają się nad nim inne państwa.
W UE nie da się wielu spraw załatwić bez konstruktywnego udziału Polski.
- W Niemczech nie cichnie dyskusja na temat dumpingu socjalnego. W trudnej
sytuacji znaleźli się m.in. polscy rzeźnicy. Tymczasem Warszawa milczy.
- Gdyby czytać tylko niemiecką prasę, można by odnieść wrażenie,
że niemieccy rzeźnicy najbardziej odczuwają skutki rozszerzenia. Proszę
zajrzeć do archiwalnych pism europejskich z 1986 r. - gdy do wspólnoty
europejskiej przystąpiła Hiszpania i Portugalia - i przeczytać chociażby
o wojnie o truskawki. Przy tym rozszerzeniu nie było sytuacji tak dramatycznych
jak wtedy, gdy francuscy rolnicy zatrzymywali ciężarówki z truskawkami
z Hiszpanii, wysypywali je na szosy i demonstracyjnie rozjeżdżali.
A poza tym - czy w gospodarczym interesie Polski leży to, by polscy pracownicy
jechali do Niemiec i gnieździli się w bursach? Berlin może zostać zaopatrzony
w mięso z zakładów, które są w promieniu 300 km. Jeśli Niemcy będą zatrzymywać
napływ polskich pracowników, nie tylko do rzeźni, ale także do innych
przedsiębiorstw, to przeniosą się one do Polski. Które rozwiązanie jest
lepsze dla Polski? Zabieramy głos wtedy, gdy ma się pojawić jakaś decyzja
dyskryminująca. Oprotestowaliśmy pomysł, by wydłużyć okres, w którym przedsiębiorstwo,
które otrzymało pomoc publiczną lub z funduszy strukturalnych, miałoby
pozostawić produkcję na terenie danego kraju. To są konkretne sprawy,
które wywołują polską ripostę. Debata o delokalizacji czy dumpingu socjalnym
ma natomiast charakter przede wszystkim polityczny. Ekonomiści niemieccy
czy francuscy wiedzą doskonale, że na dłuższą metę nie można oszukać gospodarki
i zmusić przedsiębiorcy do tego, żeby wytwarzał tam, gdzie mu się nie
opłaca. Jeżeli jakaś produkcja jest nieopłacalna we Francji, istnieją
tylko dwa rozwiązania: będzie ona kontynuowana w kraju, gdzie jest to
opłacalne, albo w ogóle nie będzie jej w Europie.
Rozmawiała Maria Graczyk
(Kwiecień/Maj 2005)
wstecz
|