Odnajdźmy się w Unii

Rozmowa Europolityki z PIERRE'M MENAT, ambasadorem Republiki Francuskiej w Polsce

Po niedawnych rozmowach w Pałacu Elizejskim prezydent Aleksander Kwaśniewski cieszył się z ocieplenia polsko-francuskich stosunków. Prezydent Jacques Chirac zaproponował mu zamknięcie pewnego etapu i "odnalezienie się" Francji i Polski. Czy nie sądzi Pan, że był już na to najwyższy czas, po okresie nieporozumień między naszymi krajami?

- Wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej w stosunkach między naszymi krajami otworzył się nowy etap. Między Polską i Francją mieliśmy do czynienia z różnicami; może do nich dochodzić także w przyszłości. Powinno nas jednak łączyć wzajemne zaufanie i bardzo ścisły dialog. Polska jest obecnie jednym z dużych krajów Unii Europejskiej. Dlatego prezydent Chirac zaproponował prezydentowi Kwaśniewskiemu odbywanie dorocznych szczytów na szczeblu prezydentów i premierów, tak, jak to ma już miejsce między Francją a Wielką Brytanią, Włochami i Hiszpanią. Jedynie z Niemcami łączą nas bardziej specjalne stosunki - dwa razy w roku odbywają się wspólne posiedzenia rządów obu krajów.

Najbliższy szczyt "Trójkąta Weimarskiego" odbędzie się w przyszłym roku nad Sekwaną. W jaki sposób można ożywić tę nieco dekoracyjną instytucję?

- "Trójkąt Weimarski" powstał na początku lat 90., tuż po upadku komunizmu w Polsce i zjednoczeniu Niemiec. Szefowie dyplomacji trzech naszych krajów postanowili utworzyć ten mechanizm szczególnego dialogu. Dziś "Trójkąt", jako forum dialogu, nabiera zupełnie nowego znaczenia. Tworzące je państwa reprezentują 180 milionów mieszkańców, co stanowi prawie 40 procent ludności poszerzonej Unii. Będzie to więc znacząca siła, o ile uda nam się osiągnąć porozumienie. Nie chodzi przy tym o narzucanie czegokolwiek innym państwom członkowskim. Tego rodzaju zarzuty padały do niedawna pod adresem Francji i Niemiec. Chodzi jedynie o przedstawienie propozycji, które mogą stanowić podstawę konsensusu w danej sprawie. W czasie wizyty prezydenta Kwaśniewskiego w Pałacu Elizejskim mówiono też o dialogu z innymi krajami Unii, takimi jak np. Hiszpania, która ma wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o unijny budżet.

Paryż i Warszawa poróżniły się m. in. na tle stosunku do projektu europejskiej konstytucji i w kwestii wojny w Iraku. Czy dziś te spory można już uznać za przezwyciężone?

- W tej pierwszej sprawie udało się osiągnąć porozumienie - traktat konstytucyjny zostanie podpisany w Rzymie 29 października. Następnie będzie on musiał zostać ratyfikowany. W przypadku niektórych krajów zajmie się tym parlament. W innych - tak ja stanie się to we Francji i być może także w Polsce, o ile zdecydują tak polskie władze - odbędzie się referendum. We Francji przewiduje to artykuł 11 konstytucji. 14 lipca prezydent Chirac zapowiedział, że podda traktat pod referendum w przyszłym roku.

U nas debata w sprawie europejskiej konstytucji ograniczała się do tej pory do walki o utrzymanie podziału głosów w unijnej Radzie w kształcie, przewidzianym w Traktacie Nicejskim...

- Traktat ten umożliwił poszerzenie Unii. Przewidywał on jednak bardzo skomplikowane mechanizmy podejmowania decyzji. Konwent europejski, a następnie konferencja międzyrządowa zaproponowały wprowadzenie prostszego mechanizmu, opartego na zasadzie podwójnej większości - państw i liczby ludności (początkowo było to 60 procent, a ostatecznie - 65 procent). System ten nie stanowi zagrożenia dla interesów Polski - będzie jej w nim przysługiwało więcej głosów, niż w Traktacie Nicejskim.

Polskę i Francję poróżnił także Irak...

- Polska zdecydowała się na udział w antyirackiej koalicji. W Iraku są obecni polscy żołnierze, którzy ryzykują tam swoje życie i dają dowody odwagi. Trzeba im oddać cześć, nawet jeśli my, Francuzi, dokonaliśmy innego wyboru. Trzeba też oddać hołd ofiarom, które zginęły w Iraku. Nieporozumienia, jakie miały miejsce między naszymi krajami w chwili wybuchu wojny w Iraku, należy uznać za przeszłość. Dziś ważne jest, by naród iracki jak najszybciej i w jak najlepszych warunkach wziął swój los w swoje ręce, tak, by w kraju tym zapanowały spokój i demokracja. Myślę, że ten cel nie budzi żadnych sporów.

W Paryżu mówi się nadal wiele o historycznych więzach, łączących Francję i Polskę. Jako przykład podaje się Napoleona i panią Walewską. Polacy woleliby mówić o dniu teraźniejszym...

- Ma pan rację. Nie wolno zapominać o przeszłości. Polska ma bogatą historię. Ale historia nie może stać się alibi. Musimy zwrócić się ku wspólnej przyszłości w Unii Europejskiej. Budujmy ja razem. Jeśli historia może nam w tym pomóc, tym lepiej. Jeśli jednak staje się ona balastem, nie mówmy o niej.

W Polsce wciąż nie możemy zapomnieć o niefortunnym zdaniu prezydenta Chirac, który ganił nas za to, że "straciliśmy okazję, by zamilczeć"...

- Powtórzę raz jeszcze - wkroczyliśmy w nowy etap. We wcześniejszym okresie mieliśmy do czynienia z nieporozumieniami i rozczarowaniami, zresztą po obu stronach. Trzeba z tym skończyć. Cytowane słowa zostały wypowiedziane w bardzo określonym kontekście. Jak sądzę, problemem nie był wówczas Irak, ale Europa. Powstało pytanie, czy poszerzona Unia będzie zdolna do prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Kryzys iracki był dla Europy trudną próbą. Myślę, że z lekcji tej trzeba dziś wyciągnąć naukę.

W Warszawie mówi się często o naszej "nieodwzajemnionej miłości" do Francji...

- To samo określenie słyszałem w Paryżu w stosunku do Polski. Francuzi darzą Polaków naprawdę wielką sympatią. Prawie milion Francuzów ma polskie korzenie. Musimy zbudować konstruktywne stosunki. Nie jest to łatwe, gdyż Polacy dopiero od piętnastu lat budują demokrację. Dlatego są sceptyczni, nieufni i pełni obaw. Dziś musimy sobie powiedzieć, że okres nieporozumień już się skończył. Jesteśmy razem w Europie i musimy ze sobą ściśle współpracować. My, Francuzi, musimy o wiele bardziej liczyć się z Polską, uważniej was słuchać i czerpać z waszych doświadczeń. Wymaga to dużego wysiłku, ale jesteśmy gotowi go podjąć.

Francja jest największym inwestorem zagranicznym w Polsce, ale na naszych kontaktach gospodarczych może położyć się cieniem spór o podatki...

- Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie. W tym wypadku również potrzebny jest dialog. Polska nie chce zrezygnować z przewagi konkurencyjnej, jaką dają jej niższe podatki dla przedsiębiorców. Z kolei we Francji występuje zjawisko delokalizacji - wiele przedsiębiorstw likwiduje miejsca pracy we własnym kraju, by stworzyć je gdzie indziej. Rozwiązaniem będzie zapewne w przyszłości harmonizacja podatkowa, ale nie dojdzie do niej z dnia na dzień. Będzie to proces stopniowy, do którego dojdzie na drodze porozumienia.

Przed objęciem placówki Warszawie był Pan m. in. ambasadorem w Rumunii...

- Rumunia to zupełnie inny kraj od Polski. Należy do tego samego regionu - Europy Środkowowschodniej, ale z powodów historycznych ma o wiele więcej do nadrobienia. Jako ambasador popierałem kandydaturę Bukaresztu, ubiegającego się o członkostwo w NATO (co stało się już faktem) i UE (o ile wszystko dobrze pójdzie, stanie się to w 2007 roku).

Rumunia jest o wiele bardziej frankofońska od Polski. Jak chce pan skłonić Polaków do nauki języka Moliera?

- Nie należy oczekiwać cudów. W Rumunii francuskiego uczy się dziś co drugi uczeń. W Polsce nie uda się tego zapewne osiągnąć. Mam jednak kilka pomysłów, np. wzajemne uznawanie matur, wprowadzenie nowych klas dwujęzycznych, czy zwiększenie liczby polskich studentów we Francji. By zachęcić Polaków do nauki francuskiego, trzeba im przedstawiać konkretne argumenty: Po pierwsze - Polacy będą mogli już wkrótce pracować nad Sekwaną. Prezydenci Chirac i Kwaśniewski postanowili powołać w tej sprawie grupę roboczą. Po drugie - francuski pozostaje oficjalnym językiem europejskich instytucji. Dlatego Polacy, którzy zamierzają zrobić tam karierę, powinni opanować nasz język.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Roman Gutkowski


wstecz

 

All content Copyright © 2003-2004 MG Media. All Rights Reserved.
Wydawca: Maria Graczyk, MG Media; Redaktor Naczelny: Roman Gutkowski; Informacje: info@europolityka.pl

Serwis współfinansowany przez UKIE
Serwis hostowany przez firmę NorKon
Webmaster Piotr Gessek